O mnie     Blog     Galeria     Media     Prasa     Kontakt     Linki

2006-07-04: Bakkhali

Sobota 5:00. Alarm w komorce. Wreszcie jedziemy na plaze! Dzwonie do Micky i Kena, zeby ich obudzic. Ku mojemu zaskoczeniu okazuje sie, ze juz wstali. Wow!! Oczywiscie w moim pokoju wszyscy spia. Ide do lazienki na szybki prysznic i toalete. Wychodze – wszyscy spia. Zaczynam wiec sciagac z lozka Tobiego i Joao. “Wstawac!” “Pobudka!” “Jedziemy na plaze!”. Bez rezultatu… Wychodze z pokoju, Kazachy i Johannes tez jeszcze leza w lozkach. “Wstawac! Wstawac!” pokrzykuje klaszczac. Chlopaki zaczynaja sie powoli zbierac. Ide do drugiego pokoju. Norma spi, Hielke spi, Francisca (przyjechala dzien wczesniej) szuka czegos w plecaku. Jedna porzadna osoba, ktorej nie musze budzic! Zaczynam sam sie pakowac co jakis czas chodzac od pokoju do pokoju sprawdzajac postepy reszty zalogi. Tobi z Joao zaczynaja sie zastanawiac czy tak naprawde to oni chca jechac. Na Hielke zaczynam sie wydzierac: “Malaria wstawaj!”. Zdenerwowany wyskakuje z lozka: “Nie nazywaj mnie Malaria!” – “Przeciez masz Malarie, wiec jak mam Cie nazywac?” – “Ja mam imie!” – “Dobra Malaria, pakuj graty i jedziemy!”. Pozniej w busie sam przyznaje mi racje, ze gdybym go nie zdenerwowal to wcale by nie wstal. Tobi z Joao dalej leza debatujac nad sensem wycieczki. “Konrad, moze jedzmy za tydzien… Jest piata rano…” – “Robcie co chcecie. Ma Was w dupie. My jedziemy!”. Wychodze z pokoju, chlopaki zaczynaja powoli wstawac i sie pakowac. “Norma… obudz sie… jedziesz z nami?” szeptam spokojnie. “Tak, tak, juz wstaje”. Mija kolejnych 15 minut i wszycy w pelnym umundurowaniu stoja w salonie. “Chalo!”. Wychodzimy. To sie nazywa umiejetne motywowanie. Zostaja tylko Johan i Alvi, ktorym firmy nie daly wolnej soboty. Pierwsza taxowka. Wrzucamy plecaki do bagaznika, zaczynamy wsiadac i nagle taxowkarz stwierdza, ze nie pojedzie, bo za duzo ludzi. Jest nas dziewiatka. Zaczynam liczyc taxowkarzowi: “1, 2, 3, 4, 5, 6, 7” – “Nie, siedem za duzo! Tylko piec!”. No trudno. Wyjmujemy plecaki i czekamy na nastepna taxowke. Ten juz nie ma problemow z iloscia osob, jednak chce 70Rs. Ostatecznie z braku czasu zgadzamy sie. Podjezdzamy na Esplanade Bus Station. Micky z Kenem jeszcze nie ma. Nie mija minuta i juz sa. Prawie jak w zegarku. Kupujemy sniadanie – woda, ciastka, herbatniki, banany i ladujemy sie do busu. Ku mojemu zaskoczeniu w busie jest… telewizor! O czyms takim nawet nie smialbym marzyc ;) Podroz przebiega spokojnie na rozmowach, ogladaniu widokow i robienia czasem zartow. Znowu wszyscy sie smiali ze mnie, ze jestem w stanie spac absolutnie wszedzie. Nawet na tylach ciagle podskakujacego na wertepach busu. Ale ze mna juz tak jest. Moge spac wszedzie, takze gdy co chwila podrzuca mnie na kilkanascie centymetrow do gory :) Po drodze widzimy jakies wieeelgachne zielone owoce z czyms co mozna na upartego nazwac kolcami. Waza przynajmniej 10kg i niekotre z nich maja nawet po 40cm dlugosci i okolo 15-20 szerokosci. Nie sposob tez wspomniec niesamowicie pieknej kilkunastoletniej dziewczynki, ktora widzielismy na jednym z bazarow w jakiejs wiosce. Wpatrujemy sie razem z Hielke w to niesamowite zjawisko. Ona sie tylko usmiecha rozswietlajac wszystko dookola. Po kilkunastu sekundach bus rusza, a nam zostaje jedynie wspomnienie. Po czterech godzinach jazdy dojezdzamy do Namangar (mam nadzieje, ze dobrze pamietam nazwe) z skad przeplywamy wielka lodzia na drugi brzeg. Cena: 25 pesa za osobe, czyli 0.017 grosza :) W jednym ze sklepow pompujemy pilke i lapiemy kolejny bus, tym razem juz do celu naszej podrozy – Bakkhali. Bus zapelnia sie coraz szybciej. Czekamy tylko z Micky w nadziej jak ludzie zaczna wsiadac na dach, bo my tez chcemy tam usiasc. W koncu liczy sie przygoda! Niestety wszyscy miesza sie w srodku… ;P Po prawie godzinnej jezdzie jestesmy na miejscu. “Bakkhali 0 km” informuje nas tablica przy drodze. Wita deszcz i atmosfera zabitej dechami wsi w ktorej znajduje sie tylko jeden porzadniejszy hotel do ktorego powoli czlapiemy. Po drodze zaczepiaja nas riksiarze: “Brazil! Brazil! World Cup!” – “Tak wiemy, dzisiaj mecz. Telewizora poszukamy pozniej”. Hotel nie najgorszy. Gdyby nie fakt, ze jestemy w Indiach moglby to byc naprawde piekny kurorot, a tak mamy tylko gory smieci dookola. Micky z Kenem biora osobny pokoj z tak zwana klimatyzacja, czyli wielkim wiatrakiem skierowanym na lozko. Reszta laduje sie do osmioosobowego pokoju. Jakoze jest na dziewiatka personel dostawia dodatkowego lozko dla Jewgienija na sam srodek sali. Zostawiamy bagaze i ruszamy do restauracji cos zjesc. Okazuje sie, ze pomimo blisko 60 dan w menu, dostepny jest tylko omlet i thali. Zamawiamy. Kelner powoli przynosi talerze pelne jedzenia, az w koncu przestaje i zaczyna obslugiwac jakis Hindusow, ktorzy tyle co przyszli. W koncu bedac coraz bardziej glodny nie wytrzymuje i zaczynam sie na niego wydzierac, ze zamowilismy juz pol godziny temu i nadal w trojke (ja, Johannes i Francisca) czekamy, podczas gdy ludzie dookola sa obslugiwani na biezaco. Przychodzi szef kuchni i okazuje sie, ze nikt nie zapisal naszego zamowienia… Zamawiamy wiec jeszcze raz. Po zjedzeniu i przebraniu sie ruszamy na plaze. Deszcz juz przestal na szczescie padac. Plaza jak plaza. Nic nadzywczajnego. Docenic trzeba fakt, ze jest czysta. Czystsza niz w Puri, a na pewno niz w Mumbaju. Niestety uroku nie dodaje fakt braku jakiejkolwiek palmy… Rozpoczyna sie kilkugodzinne skakanie miedzy falami, ktore wcale nie sa jakies szczegolnie wysokie. Bynajmniej nie tak jak w Puri. W miedzyczasie gramy w pilke. Zmeczony siadam na reczniku. Momentalnie doczepia sie do mnie kilku Hindusow. Jeden z nich dosiada sie i zaczyna ze mna rozmawiac. Tlumaczy mi w bengali, ze nie zna angielskiego, troche zna hindi i chce ze mna bardzo rozmawiac. Ja jemu odpowiadam, ze “hindi jolo nei, bengali tora tora” (“nie mowie w hindi, troche w bengali”). Pan sie cieszy i zaczyna mi opowiadac jakas historie wymachujac zamaszyscie rekami. Przytakuje co jakis czas glowa powtarzajac “acha” i “chika cie” udajac, ze ja to niby taki madry jestem i wszystko rozumiem ;) Pan zaczyna mnie obejmowac, wiec krzycze “No touching! No touching!”. Okazuje sie, ze to na szczescie rozumie po angielsku :) W koncu wszyscy wychodza na brzeg. Po dluzszej rozmowie, ktorej przypatruja sie wpatrzeni jak cygan w piec groszy napotkani wczesniej Hindusi, zaczyna wiac powoli nuda, wiec wracamy do hotelu troche sie przespac przed zblizajacymi sie meczami. Po odpoczynku kolacja w “centrum miasta”. Tym razem pechowcem okazuje sie Tobi, ktoremu przez 40 minut nie przyniesiono jedzenia. W koncu zdenerwowany wychodzi. Zaczynamy szukac telewizora kolorowego. W koncu udaje sie w jakims przydroznym sklepie. Telewizor mniej wiecej 14”. Wokol zgromadzenie okolo 40 Hindusow. Z braku miejsc siedzacych z przodu na blocie (telewizor jest wystawiony na zewnatrz sklepu) stoimy na tylach probujac cos tam dostrzec. Co jakis czas popijamy rum z cola z dwulitrowej plastikowej butelki. Zaczepia nas jakas staruszka. Co ciekawe nie prosi o pieniadze. Troche dla zartu pytam sie, czy chce sie napic Coca-Coli, bo mamy tu dwulitrowa butelke. Pani od razu buzia sie smieje. Daje wiec kobicinie lyka rum z Cola, a ta zamiast napic sie jak kazdy normalny Hinuds bez dotykania ustami butelki wsadza do buzi cala “glowe” butelki. Fuuujjjj!!! Zabieramy jej z Micky czym predzej nasz skarb okazujac ostentacyjnie nasze oburzenie. Reszta ludzi przegania ja gdzie pieprz rosnie. Wracamy do ogladania meczu. Dogrywka. Karne. Fantastyczny Ricardo i Anglia odpada. Razem z zalamanym Kenem wracamy do hotelu przespac sie troche przed meczem Brazylii. Jakoze nie jestem szczegolnie spiacy ide z Jewgienijem na plaze. Wszedzie ciemno i cicho jak w kosciele w nocy. Gwiezdziste niebo z bajecznie porozrzucanymi chmurami tworzy niesamowita atmosfere. Zostawiamy nasze ubrania gdzies na brzegu i ladujemy sie na waleta w Zatoke Bengalska. W wodzie plywaja jakies male swiatelka, moze malutkie meduzy? W kazdym razie wyglada to naprawde pieknie. Nad nami swieca gwiazdy, a w wodzie plywaja swiecace punkciki. Za kazdym razem, gdy woda nas zalewa, a pozniej z nas schodzi zaczynamy swiecic. Wykrzykuje wtedy slowa, ktore pozniej staja sie naczelnym haslem calej wycieczki: “My dick is shining!! I’ve never had shining dick!!” ;) Po okolo 15 minutach wychodzimy z wody zaczynajac szukac naszych ubran. I tu problem… Nie mozemy za Chiny ludowe znalezc naszych rzeczy. Lazimy jak te ofiary z jednego miejsca do drugiego i nic… Zaczynamy zastanawiac sie jak wrocic na golasa do hotelu. Na szczescie wszedzie jest tak ciemno, ze nawet sami siebie dobrze nie widzimy. Postanawiamy wrocic do wejscia na plaze, a pozniej idac ciagle prosto sprobowac jeszcze raz znalezc nasze ubrania. Udaje sie! Zadowoleni i ubrani wracamy. W pokoju wszyscy spia. Do meczu jeszcze 15 minut. Budze Joao: “Idziesz na mecz? Juz tylko 15 minut” – “Jeszcze mam czas. Nastawilem komorke”. Mysle sobie OK i tez sie klade na te kilka minut. Jak sie polozylem to obudzila mnie dopiero Micky na druga polowe meczu. Powoli wygramolilem sie z lozka. Joao popedzil jak szalony do telewizora przed sklepem. Z Kenem i Micky takze po malutku tam idziemy. W drodze opowiadam im o przygodzie na plazy. Dochodzimy do Joao mowiac, ze za 15 minut bedziemy z powrotem, bo idziemy na chwile na plaze. Spedzamy tam prawie cala druga polowe. Oczywiscie na waleta. Teraz juz nie tylko ja swiecilem ;P Porzadnie ubawieni wracamy do wioski, a tam wszedzie ciemno i nigdzie zywej duszy. Czyzby mecz sie skonczyl? Okazuje sie, ze nadchodzacy sztorm spowodowal jakies zaklocenia i przerwano transmisje. Wracamy do hotelu, gdzie siedzi smutny Joao. Brazylia przegrala 0:1. Murowany kandydat do mistrzostwa jedzie do domu… Teraz zostaja nam juz tylko Niemcy do kibicowania. Idziemy spac.
Budze sie po 9, gdy jeszcze wszyscy spia. Na balkonie stoi opatulony w koc Hielke. Malaria juz prawie z niego zeszla, chociaz ciagle nie wyglada najlepiej. Opowiadam mu caly wczorajszy dzien i wracam spac. Budze sie po godzinie. Czesc osob tez powoli wstaje. Ladujemy sie wszyscy do lozka Normy zbierajac do kupy nasze przezycia i jedzac resztki lekko przeterminowanych herbatnikow. Po sniadaniu w restauracji znow na plaze. Sztorm juz zdarzyl przyjsc. Gdzie niegdzie powyrywane drzewa. Piasek leci z niesamowita szybkoscia. Stojac tylem do kierunku wiatru probuje upasc na plecy. Nie moge, bo przytrzymuje mnie wiatr. Czegos takiego jeszcze nie przezylem. Powoli wracamy do hotelu. Bierzemy “prysznic” w umywalce, bo nie ma juz wody w natrysku. Pakujemy sie i idziemy zjesc wczesniej zamowiony obiad, zeby zdazyc na bezposredni bus do Kolkaty. Okazuje sie, ze z powodu pogody bezposredni zostal odwolany. W restauracji maja tylko zapasy, bo rano nie przyjechal transport z niektorymi produktami. Na szczescie jest ryz, sos, warzywa i ryba, czyli akurat dokladnie to, co wiekszosc z nas zamowila. Konczymy jedzenie i zaczyna sie placenie za sniadanie i obiad. Po dlugich kalkulacjach my naliczamy w sumie 700Rs, szef 671Rs. Ostatecznie robimy zrzutke po 65Rs, czyli nawet wiecej niz sami wyliczylismy (65*11=715Rs). Idziemy na postoj busow z skad lapiemy transport do Namangar, czyli wracamy taka sama trasa jak przyjechalismy. Po godzinie drogi jestemy znow na rzeka. Z powodu porywistego wiatru i sporych fal lodzie nie kursuja. Udaje nam sie jednak trafic na przystan z kutrami. Wszedzie niesamowity mlyn. Ludzie krzycza, przepychaja sie blokujac sie nazwajem. Idac pierwszy rozpycham wszystkich lokciami na boki. Za mna idzie wyraznie wystraszona Francisca i cala reszta naszej zalogi. Sternik mowi, ze za przeplyw na drugi brzeg musimy zaplacic 200Rs za osobe! Udaje nam sie jednak podslyszec, ze inni placa tylko 2Rs. Ladujemy sie wiec do srodka. Tyle co weszlismy kuter zaczyna sie chwiac na boki. Woda prawie sie wlewa do srodka. Ken z Norma omal wypadaja za burte. Udaje ich sie zlapac w ostatnim momencie. Zewszad slychac wrzaski. Ludzie wciaz wskakuja na kuter. Deszcz coraz bardziej sie wzmaga. Patrzac na co niektorych z nas widze naprawde wielki starch w oczach, chociaz kazdy stara sie siedziec spokojnie i nie okazywac zadnych uczuc. Sam jestem w niesamowitym strachu. W koncu lodz zostaje odepchnieta od brzegu i kiwanie sie na boki opanowane. Ciagle jednak bedac w lekkim strachu doplywamy na druga strone. Gosciu znow od nas chce 200Rs. Zaczynamy sie na niego wydzierac, zeby spierdalal i wciskamy mu w reke po 2Rs od osoby. Odchodzimy. Na parkingu stoi ten sam bus z telewizorem, ktorym przyjechalismy wczesniej. Po okolo 15 minutach czekania nareszcie ruszamy juz bezposrednio do domu. Po 4-5 godzinach znow w domu na Gurusaday. Ufff…


CIEKAWY TEKST? PODZIEL SIE NIM Z INNYMI!



Komentarze:

Brak komentarzy

!!! Oba pola są wymagane. Jeśli nic nie wpiszesz, twój komentarz nie będzie dodany. !!!

Zabezpieczenie przed wirusami. Zaznacz jeśli chcesz dodać komentarz.

Twój Nick:

Twój Komentarz:




Masz konto na Facebooku?
Kliknij LUBIE TO!




WYSZUKAJ:



NAJNOWSZE KOMENTARZE:

Adam:Czesc Konradzie, Od dluzszego czasu nic nie piszesz, cz... CZYTAJ DALEJ

Sylwia:Co słychać w UK, tyle pracy że na blogu cisza? :-)... CZYTAJ DALEJ

king kong:tak zle nie jest chyba niewyraznie napisalem 90 f za ryz na... CZYTAJ DALEJ

konzi:Też tak pomyślałem. To chyba jecie tylko mrożonki.... CZYTAJ DALEJ

Adam:W Szkocji nie zauwazylem licznikow na wode - oplata wliczana... CZYTAJ DALEJ

king kong:londyn pokoj z oplatami 450 - zaznaczam mega tanio mam jed... CZYTAJ DALEJ

konzi:Ja balota zjadłem 3-4 razy. Nic specjalnego. Smakowało jak z... CZYTAJ DALEJ

Adam:Raz polknalem balota, gdy popijalismy wiskacza, ale mialem j... CZYTAJ DALEJ

Adam :Konrad, ja czytam twojego bloga od samego poczatku. Nie b... CZYTAJ DALEJ

konzi:Widzę, że teoretycznie dopuszczasz naszą kolejną przeprowadz... CZYTAJ DALEJ


KATEGORIE:

| Polska || Indie || Podsumowanie roku || Wielka Brytania || Tajlandia || Bangladesz || Dania || Szwecja || Norwegia || Holandia || Hinduizm || Laos || Wietnam || Kambodża || Motorem po Tajlandii || Filipiny || Jedzenie na Filipinach || Owoce świata || Blogi Podróżnicze || Bieganie || Slub || Całka || Rocznica || Sława || Filipińskie Dziwadła || Historia Filipin || Niemcy || Francja || Belgia || Słowacja || Węgry || Austria |


ARCHIWUM:

 
 
 2017
    
    
    Grudzien
    
    
    Listopad
    
    
    Pazdziernik
    
    
    Wrzesien
    
    
    Sierpien
    
    
    Lipiec
    
    
    Czerwiec
    
    
    Maj
    
    
    Kwiecien
    
    
    Marzec
    
    
    Luty
    
    
    Styczen


 2016
 2015
 2014
    Grudzien
    Grudzien
    Grudzien
    Listopad
    Listopad
    Listopad
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Wrzesien
    Wrzesien
    Wrzesien
    Sierpien
    Sierpien
    Sierpien
    Lipiec
    Lipiec
    Lipiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Maj
    Maj
    Maj
    Kwiecien
    Kwiecien
    Kwiecien
    Marzec
    Marzec
    Marzec
    Luty
    Luty
    Luty
    Styczen
    Styczen
    Styczen


 2013
 2012
 2011
    Grudzien
    Grudzien
    Grudzien
    Listopad
    Listopad
    Listopad
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Wrzesien
    Wrzesien
    Wrzesien
    Sierpien
    Sierpien
    Sierpien
    Lipiec
    Lipiec
    Lipiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Maj
    Maj
    Maj
    Kwiecien
    Kwiecien
    Kwiecien
    Marzec
    Marzec
    Marzec
    Luty
    Luty
    Luty
    Styczen
    Styczen
    Styczen


 2010
 2009
 2008
    Grudzien
    Grudzien
    Grudzien
    Listopad
    Listopad
    Listopad
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Wrzesien
    Wrzesien
    Wrzesien
    Sierpien
    Sierpien
    Sierpien
    Lipiec
    Lipiec
    Lipiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Maj
    Maj
    Maj
    Kwiecien
    Kwiecien
    Kwiecien
    Marzec
    Marzec
    Marzec
    Luty
    Luty
    Luty
    Styczen
    Styczen
    Styczen


 2007
 2006
 2005
    Grudzien
    Grudzien
    Grudzien
    Listopad
    Listopad
    Listopad
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Pazdziernik
    Wrzesien
    Wrzesien
    Wrzesien
    Sierpien
    Sierpien
    Sierpien
    Lipiec
    Lipiec
    Lipiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Czerwiec
    Maj
    Maj
    
    Kwiecien
    Kwiecien
    
    Marzec
    Marzec
    
    Luty
    Luty
    
    Styczen
    Styczen